Human Economy – u progu epoki zaangażowania

XIX wiek przyniósł światu niewyobrażalny w tamtych czasach rozwój gospodarczy za sprawą przejścia od społeczeństwa rolniczego do przemysłowego. W XX wieku przenieśliśmy się z fabryk do biur, przekształcając dotychczasową gospodarkę industrialną w społeczeństwo informacyjne. Teraz stajemy u progu kolejnej rewolucji, w której źródłem przewagi konkurencyjnej nie będzie już oswojona w poprzednim stuleciu wiedza, ale zaangażowanie.

Koncepcja Human Economy powstała podczas World Social Forum w 2001 roku w brazylijskim Porto Alegre. Była to propozycja alternatywnej wersji gospodarki, w której rozwój ekonomiczny napędzany jest przez poświęcenie się ludzi dla działań społecznych. Rozszerzanie zasięgu tego trendu widzimy w dynamicznie rosnących inwestycjach w biznesy związane z dostępem do żywności i wody, usprawnianiem transportu, rozwojem medycyny czy likwidacją smogu, ale też we wzroście znaczenia doświadczeń konsumentów (stawianiem w centrum zainteresowania user, customer czy employee experience) w generowaniu przychodów. Z biegiem czasu koncepcja gospodarki opartej na człowieku ewoluuje i obejmuje nowe zjawiska, jak choćby obszar robotyzacji pracy.

Zgodnie z badaniami „The Future of Employment” przeprowadzonymi przez Uniwersytet Oxfordzki około 50% zawodów zagrożonych jest robotyzacją. Co oczywiste, chodzi przede wszystkim o profesje bazujące na rutynowych czynnościach (ale nie tylko!). Przykładowo pracownicy techniczni z branży logistycznej mają 98% szans na komputeryzację ich pracy w ciągu najbliższych 15 lat, w przypadku telemarketerów, bibliotekarzy czy pracowników najniższych szczebli sektora finansowego to prawdopodobieństwo jest nawet wyższe.

Analizując specyfikę zawodów, którym grozi „wyginięcie”, łatwo zauważymy, że są to stanowiska oparte nie tylko na prostych, powtarzalnych zadaniach, ale też na przetwarzaniu danych, dystrybucji informacji oraz umiejętnościach twardych. A stąd prosta droga do stwierdzenia, że o bezpieczeństwie naszego zatrudnienia nie decyduje już zgromadzona wiedza (komputer może zgromadzić jej nieporównywalnie więcej), ale cechy typowo ludzkie, których komputery nie są w stanie odtworzyć – zdolność do budowania relacji, empatia, kreatywność czy wyciąganie wniosków z kombinacji różnorodnych, nieprzeliczalnych czynników (społecznych, ekonomicznych czy kulturowych). Najbardziej wartościowymi pracownikami epoki Human Economy będą więc Ci zatrudnieni sercem, w przeciwieństwie do epoki informacyjnej, w której zatrudnialiśmy głowy i epoki industrialnej, w której zatrudnialiśmy ręce.

W zależności od branży, kraju czy zdolności firm do adaptacji innowacyjnych rozwiązań na rewolucję w sferze pracy wpływa wiele czynników. Z jednej strony mamy pracowników, którzy zaczynają bać się utraty foteli na rzecz robotów, z drugiej – firmy, na których nienasycony rynek pracownika wymusza inwestycje z zakresu wellbeing o niespotykanej wcześniej skali. Te dwa zjawiska tylko pozornie są sprzeczne. W praktyce robotyzacja nie wpływa na redukcję miejsc pracy, przeciwnie – zmniejszając zapotrzebowanie na nisko wykwalifikowaną „siłę roboczą”, tworzy miejsca pracy dla ekspertów. By nimi się stać, osoby realizujące podstawowe zadania muszą jednak zaangażować się we własny rozwój (przez nabywanie niezastępowalnych przez maszyny umiejętności) oraz rozwój organizacji (nie tylko biznesowy, ale przede wszystkim kulturowy). Parafrazując Mari Smith, knowledge is King, but engagement is Queen, and she will seize the power.